113makabra
STACHIEWICZA 33 KRAKÓW e-mail:
www: mak113.wizytowka.pl
|
Stowarzyszenie M.A.K.A.B.R.A.
Edukacja - programy, konspekty itp.
STOWARZYSZENIE SZKÓŁ „M.A.K.A.B.R.A.”
ul. Stachiewicza 33
31-328 Kraków
tel: 637-49-04
fax: 696-22-19
e-mail: szkola@sp113.cc.pl
Zarząd:
Prezes Adam Niemczyński
v-ce prezes Ryszard Sikora
v-ce prezes Anna Kantorek
sekretarz Aurelia Kraus
skarbnik Krystyna Polak
Szkoła Podstawowa Nr 22
ul.Chmielowskiego 1
31-067 Kraków
dyrektor: Bożena Ochońska
z-ca: Anna Maria Kwiatek
tel: 430-53-36
fax: 430-51-78 e-mail look@pro.onet.pl
ZSO Nr 23
Szkoła Podstawowa Nr 14
Gimnazjum Nr 3
ul. Wąska 5
31-057 Kraków
dyrektor: Anna Kantorek
z-ca: Beata Litewka
Tel: 430-67-85
Fax: 430-67-40
Szkoła Podstawowa Nr 26
ul.. Krasickiego 34
30-515 Kraków
dyrektor: Kazimierz Sroka
z-ca: Krystyna Bilińska
tel/fax: 656-05-19 , 656-63-85, 423-54-33 e-mail: sp26@nb.com.pl
Szkoła Podstawowa nr 27
ul. Podedworze 16
30-686 Kraków
dyrektor: Alicja Kostrz
z-ca: Elżbieta Kallenberg
tel. 658-45-67
fax 658-74-20
Szkoła Podstawowa Nr 36
ul. Mazowiecka 70
30-019 Kraków
dyrektor: Ryszard Sikora
z-ca: Elżbieta Stus
tel; 633-62-24
fax: 623-73-20 e-mail sp36@kki.pl
ZSO Nr 37
Szkoła Podstawowa Nr 149
Gimnazjum Nr 28
ul. Bujaka 15
30-616 Kraków
dyrektor: Maria Kuzak
z-ca: Marta Dymek
z-ca: Bogusław Wróbel
tel; 654-45-23
fax: 654-41-47 e-mail: mariakuzak@poczta.onet.pl
Szkoła Podstawowa nr 43
ul. Myślenicka 112
30-698 Kraków
dyrektor: Ewa Tomczyk
z-ca: Barbara Kędzierska
tel. 654-73-31
Szkoła Podstawowa Nr 58
ul.Zielińska 30
31-227 Kraków
dyrektor: Jerzy Zychal
z-ca: Maria Ulanik
tel/fax 415-13-47 e-mail: szkola58@interia.pl
Szkoła Podstawowa Nr 67
ul. Kaczorówka 4
31-264 Kraków
dyrektor: Wiesław Żebrowski
tel/fax: 415-31-85
Szkoła Podstawowa Nr 90
ul. Serbska 14
30-638 Kraków
dyrektor: Józef Artur Lawrowski
z-ca. Krystyna Polak
tel.: 655-25-16
fax: 655-51-90 e-mail: sp90@interia.pl
Szkoła Podstawowa Nr 109
ul. Mackiewicza 15
31-214 Kraków
dyrektor: Ewa Oberkiewicz
z-ca: Jacek Kapciuch
tel/fax: 415-27-59
Szkoła Podstawowa Nr 124
ul. Weigla 2
30-898 Kraków
dyrektor: Artur Pasek
z-ca : Zofia Wojtala
tel/fax: 658-34-19 e-mail: sp124@ interia.pl
Szkoła Podstawowa Więcławice Stare
dyrektor: Bożena Włoch-Okrajni
z-ca: Jolanta Sobota
tel/fax: 388-50-56
Szkoła Podstawowa nr 162
ul. Stojałowskiego 31
30- 611 Kraków
dyrektor: Elżbieta Andrzejewska
tel.654-40-59
Samorządowy Ośrodek Psychologiczno-Pedagogiczny
ul. Mazowiecka 30a
30-019 Kraków
dyrektor: Aleksandra Adamek
z-ca: Małgorzata Niewodowska
tel/fax: 632-87-73
Uniwersytet Jagielloński – Międzynarodowe Centrum Demokratycznego Rozwoju Służb Społecznych
Rynek Główny 8
31-044 Kraków
dyrektor: Adam Niemczyński
tel: 422-64-53
fax: 422-58-92 e-mail: gula@if.uj.edu.pl
******************************************************
MATERIAŁY POMOCNICZE / ŹRÓDŁA I WYPISY /
DO NAUCZANIA PRZEDMIOTU „HISTORIA I
SPOŁECZEŃSTWO”, ZGODNE Z PROGRAMEM
NAUCZANIA DKW - 4014 –175 / 99.
Kraków, październik 2000 Opracowała:
Alicja Grygiel
I. W MURACH KLASZTORNYCH X – XV w.
A to co za budowla stoi tam na wysokiej górze? –Gród nie gród, zamek nie zamek? Nie ma ani rowów głębokich, ani wałów sypanych z ziemi, więc nie żadne to miejsce obronne. Wokoło nieprzebyte lasy, pola, łąki, a ów gród nad niemi. Iście wyspa na morzu! Wiedzie doń droga wyjeżdżona, gładka, snadź czesto mierzą ją kopyta końskie, wygniatają stopy ludzkie...Co za budowla? Ano, najlepiej pójść i przypatrzeć się z bliska. Podwórze tak ogromne, że prawie końca dojrzeć nie można. Otacza je miejscami ostrokół dębowy, miejscami płot chruściany. W częstokole brama, ledwo, co na skobel zasunięta.
W głębi widać duży dość budynek. Nie zamek to, prędzej kościół, bo na malutkiej wieżyczce krżyż połyska. Naokoło budynki jakieś. Te ukończone, tamte ledwie rozpoczęte; jedne z tarcic mocno zbite, inne z kamieni, a inne jeszcze byle jak sklecone z chrustu.
Na podwórzu wre robota. Warczą żarna, stukają siekiery, zgrzytają piły, gdzieś w jakimś przyodległym kącie walą młoty o kowadło. Snop iskier z kuźni leci w górę.
Stuk, puk, zgrzyt... jeno głosu ludzkiego nie słychać. A jednak robotników pełno. Jedni w białych płótniankach, podpasanych krajkami, drudzy w długich habitach, przewiązani sznurem konopnym. To podwórze klasztorne ojców benedyktynów, którzy pracują pospołu z robotnikami. Reguła nakazuje im przy pracy głębokie milczenie. Więc milczą.
- Dzeń, dzeń, dzeń – zabrzmiał dzwonek w kościele na Anioł Pański. Jedna chwila i ucichło wszystko:piły stanęły w miejscu, wzniesione młoty opadły bez szelestu, kamień w żarnach przestał się obracać. Tylko szept modlitwy przebiega z jednego końca podwórza na drugie.
Modlitwa skończona. Zastukały drewniane trepy. Zakonnicy długim sznurem idą do klasztoru na wieczerzę.
- Dzeń, dzeń, dzeń – rozlega się znowu. Tym razem u furty klasztornej. Ojciec furtjan czem prędzej ją otwiera, by gości powitać i do środka zaprosić. Klasztor wszystkim rad bardzo. Tam za furtą stoi chłopię, może dziesięcioletnie. Małe rączki, co siły targają sznurem, rozełkany głosik woła: - Otwórzcie! Ratujcie tatula! Otwórzcie! – Gdzie tatulo? - Co mu się przygodziło? – pyta zakonnik. – Tatulo spadli z konia! Leży tam... Krew bucha – odpowiada chłopiec.
W klasztorze zawsze pomoc niesiono. I tym razem nikt nie zapytał, kim jest ów ranny, ani jakim sposobem nieszczęście na niego spadło. Wszystko jedno...Potrzebował pomocy – to dosyć. Pomoc dawano jak najrychlej. Nie minęły zatem, jak dawniej mówiono, „trzy pacierze”, to jest tyle czasu, ile potrzeba,żeby odmówić trzy razy „Ojcze nasz” , „Zdrowaś Marja” i raz „Wierzę w Boga”, gdy już ranny był w klasztorze. Opatrzono go, ułożono na wygodnym łożu. Dla siebie zakonnicy mieli deski tapczana, ledwo słomą potrząśnięte,dla gości i dla chorych puszyste, a ciepłe futra i miękkie koce.
[...] Minęło dni kilka. Choremu było coraz gorzej choć mu odwary z różnych ziół do ust leli, choć go różnymi maściami smarowali. Sztuka leczenia nie stała naonczas tak wysoko, jak teraz, byli wprawdzie i doktorzy, jeno na chorobach i na lekach nie znali się jeszcze dobrze. Szczęściem tylko, że ludzie zdrowsi, silniejsi i wytrzymalsi na wszystko byli. Chorobę często więc sami bez leków zmagali.
Mały Sobiesław, czyli, jak go przez skrócenie zwano, Sobek, został przy ojcu w klasztorze.
[...] Zaraz pierwszego czy drugiego dnia ujrzał Sobek kilku chłopców , mało co starszych od siebie, jak szli wraz z zakonnikami modły w kościółku odbywać. Ubiór tu mieli zakonny brunatne habity, sznur u pasa, nogi bose.
Byli to, jak się później Sobek dowiedział, przyszli księża i zakonnicy. Rodzice poświęcili ich Bogu i w dzieciństwie jeszcze odwieźli do klasztoru. Zwano ich >oblaci<. Znaczyło to poświeceni Bogu<. Oblaci cały dzień uczyli się wszystkiego,co zakonnicy uważali za potrzebne dla nich. prócz tej szkoły wewnętrznej dla przyszłych duchownych, założyli benedyktyni z czasem szkoły dla świeckich uczniów.
W klasztorze praca wrzała od świtu do zmroku. Zakonnicy wznosili różne budowle częścią z drzewa, częścią z kamienia, kuli pługi w kuźni klasztornej, uprawiali ziemię, sadzili drzewa, zakładali winnice!
A wszystko własnymi rękoma, jeno teraz przynajęli trochę pomocników z okolicznego ludu, żeby niektóre budynki pod dach wyprowadzić przed zimą. Wracali później ci robotnicy do domostw swoich i tego, czego się sami w klasztorze nauczyli, uczyli innych. – Byli zatem między zakonnikami murarze, cieśle , tokarze, byli tacy, co kuli młotem w kuźni, i tacy, co w żarnach zboże mełli, i tacy, którzy wiatrak na wzgórzu , młyn na potoku zbudować umieli, żeby zboże nie siłą rąk ludzkich, ale siłą wiatru czy wody mleć było można.Jedni posługę wewnątrz klasztoru czynili, myjąc, sprzątając, gotując, drudzy na warsztatach tkali, a inni uczyli dziatwę, przez rodziców klasztorowi powierzoną. >Módl się i pracuj> było ich zasadą.
Wszyscy ci zakonnicy mieli twarze spokojne, uśmiechnięte i wesołe. A jednak życie twarde było. Cały dzień ciężka praca, sen nocny, przerywany modlitwą. Na odgłos dzwonu wstawali w nocy, kładli na habity płaszcze i szli do kościoła śpiewać pieśni pobożne i odmawiać modlitwy.
Sypialnia i jadłodajnia były wspólne. Pracowali oddzielnie, każdy w swej celi, ten przy warsztacie tkackim, tamten stolarskim. Posiłek mieli skromny jarzyny, owoce, chleb, ryby. mięsa zwierząt nie jadali. kto słabszy był, dostawał niekiedy czarkę wina.
Jak wiadomo, wszyscy cudzoziemcami byli. Przybyli oni z obcych krajów do Polski głosić słowo Boże. W krajach tych, zwłaszcza na zachodzie i południu od nas leżących, klimat cieplejszy jest, wiec i rośliny odmienne tam rosną. krzewy dające winogrona, pokrywają całe pola.
[...]Próbowali i u nas, mimo chłodniejszego klimatu, zaprowadzić winne latorośle.
[...]Zakon benedyktynów sprowadził do Polski Bolesław Chrobry i w Tyńcu niedaleko Krakowa ich osadził.
Z:W służbie ojczyzny, Pogadanki historyczne,opr.Julia Kisielewska.Nakład Gebethnera i Wolffa. Warszawa – Kraków -Lublin – Lodź – Poznań – Wilno, s.20 –24.
II.W ŚREDNIOWIECZNYM MIEŚCIE
[...] Miasta otoczone były murem. Do obrony służyły wieże warowne, tzw. baszty; przez okna baszt rażono nieprzyjaciół następujących pod mury .Poza murami ciągnął się rów wypełniony zazwyczaj wodą. Domy budowano przeważnie z drzewa, toteż często nawiedzały je pożary, tym groźniejsze, że nie znano jeszcze wówczas sikawek ani straży pożarnej.Okazalszemi gmachami bywały kościoły i klasztory. Kraków miał za Kazimierza Wielkiego dwadzieścia cztery kościoły.Przy każdym była mniejsza lub większa szkoła, przy niektórych szpitale. Dosyć też wiele łaźni spotkać można było w ówczesnych większych miastach.
Ludzie tego samego rzemiosła mieszkali zwykle przy tej samej ulicy, stąd nazwy ulic: Piekarska, Garncarska, Rzeźnicka, Szewska itd. Każde rzemiosło miało w mieście bramę i basztę, której strzegło w czasie pokoju, a broniło podczas wojny. Ulic wieczorem nie oświetlano. W ogóle raził brud i nieporządek, które bywały powodem zaraźliwych chorób. Najstraszniejszą chorobą była zawleczona z Azji „czarna śmierć”, czyli morowe powietrze ,które porywało tysiące ofiar, wyludniając wprost niektóre okolice. W Krakowie np. w czasie zarazy w jednej dobie umarło 2000 ludzi niekiedy całe wsie wymierały i dopiero po wielu, wielu latach znajdowano w lasach ślady osad, o których istnieniu zupełnie zapomniano.
Z: Opowiadania z Dziejów ojczystych, B.Gebert i G. Gebertowa ,Lwów – Warszawa , Książnica polska Towarzystwa Nauczycieli Szkół Wyższych 1920 r.
s.55 – 56.
III.NA ZAMKU RYCERSKIM
a/pasowanie na rycerza
[...]Pasowanie na rycerza było wielką uroczystością. W dniu, poprzedzającą uroczystość, w skromnej pokutnej szacie udawał się mający dostąpić tego zaszczytu syn rycerski do kościoła, by odbyć generalną spowiedź resztę dnia spędzał na modlitwie i pobożnym rozmyślaniu, a noc całą w kościele przed wystawionym na ołtarzu Przenajśw. Sakramentem. O świcie przystępował do stołu Pańskiego, następnie udawał się do łaźni, po czym w łóżku przyjmował odwiedziny przybywających z życzeniami. Następnie przywdziewał uroczysty strój. Strój ten składał się z białej, złotem wyszywanej koszulki, na którą wkładano koszulę z drutu żelaznego, nadto z kaftana łosiowego, z pełnej zbroi i płaszcza rycerskiego. pasowanie odbywało się zazwyczaj w uroczyste święta. W kościele składał giermek na ołtarzu miecz swój, a gdy go kapelan pobłogosławił, klękał przed tym, który miał go pasować na rycerza i składał przysięgę. Ślubował być walecznym, bronić mieczem, krwią i życiem wiary św. Kościoła, walczyć z poganami, osłaniać wdowy i sieroty. Po złożeniu przysięgi otrzymywał oznaki godności rycerskiej, tj. pas ostrogi, pancerz, naramienniki i rękawice, a rycerz, przed którym klęczał uderzał go trzy razy po ramieniu, mówiąc; „W imię Boga, św. Michała i św. Jerzego pasuję cię na rycerza”, poczym przypasywał mu miecz do boku. Uderzenia oznaczały, że rycerz powinien znosić cierpliwie wszelkie ciosy za wiarę i prawdę. Na tym kończył się właściwy obrzęd. Nowy rycerz dosiadał konia w pełnej zbroi i harcował przed zamkiem, by wszyscy poznali, że należy do stanu rycerskiego.
Opowiadania z dziejów ojczystych...s.53 – 54.
b/ turniej rycerski
[...]Dziedziniec pałacu w Perpignano wypełniony był wielobarwnym tłumem. Na środkowym krużganku siedział Ferdynand Aragoński w otoczeniu rodziny i dworu oraz jego cesarski gość Zygmunt Luksemburczyk. Królowała urodą dano Inez przybrana w białą powłóczystą szatę, ozdobioną trzema krwistoczerwonymi różami. Środek dziedzińca był wolny. Tam właśnie miał się odbyć turniej. Zgodnie z zawartą wcześniej umową rycerze mieli walczyć na kopie.
Zagrzmiały fanfary. Z dwóch przeciwległych końców placu wyjechali przeciwnicy. Zadął wiatr i rozrzucił barwny płaszcz Jana z Aragonii, tkany w szafirowo – czerwoną szachownicę, odsłaniając pozłacaną, błyszczącą zbroję rycerza. Pod świetnym, strojnym jeźdźcem szła tańcząc biała arabska klacz, piękna i nerwowa, obwieszona, podobnie jak jej pan, wstęgami i pióropuszami. Gdy Jan przejeżdżał pod krużgankiem, spadły na niego trzy szkarłatne róże, a on schwycił je i schylił się w
niskim ukłonie, wywołując tym entuzjazm zebranych.
[...]Wyjeżdżający na pole turniejowe rycerz Zawisza był jedynym czarnym punktem na tle bajecznie kolorowych tłumów. Wiatr wydymał płaszcz czarny, odsłaniając zbroję rycerza ozdobioną jedynie ryngrafem. Andaluzyjski ogier Zawiszy, powodowany żelazną ręka swego pana, szedł spokojnie. Przeciwnicy nie dojechali jeszcze do środka turniejowego placu, gdy cesarz klasnął w dłonie na znak, że turniej się zaczął. Jan podniósł triumfalnie do góry kopię i pomachał nią ku tłumom. Odpowiedziały głośnym wiwatem. Biała klacz wspięła się i ruszyła naprzód. Zawisza jeszcze przez moment stał nieruchomo. Nagle położył rękę między uszami swego konia, powiedział cos półgłosem i ruszył jak burza w stronę barwnego przeciwnika. Tłumy umilkły, słychać było każde uderzenie kopyta. Nastąpiło starcie. I oto na środku turniejowego placu leżał pod płaszczem w szafirowo – czerwoną szachownicę najsilniejszy rycerz świata, Jan z Aragonii. Jego śmiertelnie przerażoną klacz usiłowali schwytać pachołkowie królewscy. Wśród tłumów zaległa cisza.
[...]Zgodnie z przyjętym zwyczajem Zawisza Czarny z Garbowa jako zwycięzca objeżdżał trzykrotnie pole turniejowe, a potem zatrzymał konia przed królewskim krużgankiem.Cesarz pochylił się z uśmiechem ku pięknej, białej w tej chwili jak jej własna suknia, donie Inez i podając jej wieniec laurowy powiedział: -Niech najpiękniejsze ręce Aragonii uwieńczą najdzielniejszego rycerza.
Inez chwyciła wieniec i przechyliła się ku stojącemu pod krużgankiem Zawiszy. Rycerz nie spuszczał z niej swych jasnych oczu. Piękna Inez zarumieniła się i włożyła wieniec na czarny Chełm Zawiszy.Tłumy, zaskoczone, ale i zachwycone, powitały gromkimi wiwatami zwycięstwo polskiego rycerza.
Z: A. Lisowska – Niepokólczycka, Giermek rycerza Zawiszy, Warszawa 1970,s.60 -62
C/turniej rycerski /triumf Zawiszy Czarnego /
Przywykło Perpignano, ulubiona letnia rezydencja królów aragońskich, do różnobarwnego tłumu gości, ale nigdy jeszcze nie widziało tylu cudzoziemców, jak w końcu września tysiąc czterysta piętnastego roku.
Bo oto przybył do cichej mieściny, siedzącej sobie w uroczej dolinie, w klombach platanów, cyprysów i oleandrów, zakrytej od wichrów północnych posępnymi Korbierami, owianej od wschodu szumem morza Śródziemnego – Świętego Państwa Rzymskiego władca rycerski, w przepychu się kochający cesarz Zygmunt.
[...] W ogrodach przy świetle pochodni czyścili giermkowie miecze, zbroje, hełmy; w stajniach oglądali rycerze rumaki bojowe; winiarnie rozbrzmiewały żywą utarczką głośnych dysput.
- Jak sądzisz, Gaskonie – mówił pan de Lezignac, czarnowłosy, czarnooki Prowansalczyk, rozparty przy głównym stole „Pod Złotym Aniołem” – czy znajdzie się wpośród zebranego rycerstwa śmiałek tak odważny, który by chciał jutro skruszyć kopię z przesławnym Janem Aragońskim?
- Już się taki śmiałek znalazł – odparł pan Gaston de Olenzac, rycerz doświadczony w wielu bitwach mimo lat młodych.
[...] Ale któż on, ten zuchwały głupiec?
- Zavissius Niger!
- Zawissius? Niger? Cha, cha, cha!...Pies to czy jakie inne zwierzę? Śmiał się pan de Lezignac, śmiali się towarzysze stołu, śmiała się cała winiarnia.
[...] Gdybyście raczyli wścibić nos poza granicę Francji, szlachetni panowie – odezwał się pan Olenzac , kiedy wrzawa ucichła – dowiedzielibyście się, że nazwisko pana Zawiszy Czarnego, jak go jego ziomkowie nazywają, jest w całym Świętym
Państwie Rzymskim tak samo znane i głośne, jak imię przesławnego Jana z Aragonii we Francji i Hiszpanii.
[...]Do jakiej nacji należy twój Zavissius, czy jak mu tam inaczej? Tfu! Co za przezwisko!
- Z ziemi Polonów wyrósł ten rycerz jako dąb wspaniały.
- Poloni? Cóż to za jedni? Scyty, Turki, Huny?
-Polonowie wyznają, tak samo jak my, świętą wiarę rzymską, czczą, tak samo jak my, Matkę Bożą i należą, tak samo jak my, do wielkiej rodziny katolickiej.
- Patrz! Nic o takiej nacji nie wiedziałem, nie słyszałem nigdy – mówił pan de Lezignac, szczerze zdumiony. – Ale mimo jej przynależności do rodziny katolickiej nie uwierzę nigdy, aby z tak nieznanego narodu mógł wykwitnąć godny współzawodnik Jana Aragońskiego.
[...] Ustroiło się Perpignano jak świątynia na przyjęcie możnych oblubieńców. Wszystkie domy i domki tonęły w zieleni, w kwiatach, w kobiercach.
[...] Mrowiło się strojne miasto wesołym, hałaśliwym mrowiskiem rycerstwa, giermków, pachołków i mieszczan. zaraz po mszy świętej, celebrowanej w katedrze przez samego biskupa perpiniańskiego , ruszyły zbrojne hufce za miasto na plac turniejowy.
Przodem jechał rycerz cały w srebrnej zbroi, ze złotym łańcuchem na szyi, ze złotymi , drogimi kamieniami nabijanymi lwem na hełmie.
[...] To Jan Aragoński! Głębokim milczeniem podziwu, czci powitała ulica słynnego wojownika i szermierza, chlubę Francji
i Hiszpanii.
[...] Zaroił się plac turniejowy rycerstwem i widzami. Na trybunach wybitych suknem szkarłatnym, umajonych laurem, zajęli miejsca goście dostojni. W trybunie środkowej świeciły dwie korony i lśniła biała sutanna. Papież Benedykt XIII, cesarz Zygmunt i król Ferdynand zabawiali się tam dworną rozmową, czekając na widowisko.
[...] Zahuczały bębny, rozbrzmiały trąby, głośna komenda rotmistrzów, porządkujących swe hufce, przelatywała nad polem jak krzyk spłoszonych sokołów, konie rżały gryząc niecierpliwie wędzidła.
[...]Zbliżał się Jan Aragoński ze swoim świadkiem i ze swoimi giermkami.
[...] Z głównej trybuny powiała czerwona chorągiewka. Sam cesarz Zygmunt dawał znak do walki.
[...]Dokoła szranki zapanowało głuche milczenie. Stała się taka cisza, iż było słychać wyraźnie furkot proporców falującym długim językiem na kopiach.
[...] Po raz wtóry zadudniła ziemia. ale teraz pędził Zawisza z takim rozmachem, iż zdawało się, że wisi z koniem w powietrzu. Z miejsca ruszył galopem, pochylony w siodle. W sam środek tarczy Aragończyka, pomiędzy cztery gwoździe, ugodziła kopia, a jednocześnie ogier uderzył z taką siłą w łeb przeciwnika, że się rumak andaluzyjski zatoczył jak pijany.
Zachwiał się Jan Aragoński, przechylił się w tył. Dokoła pobladły śniade twarze południowców, oczy zamigotały błyskiem niespokojnym.
Zrozumieli francuscy i hiszpańscy rycerze, że ten, którego lekceważyli, dorównywał zręcznością Aragończykowi,a przewyższał go siłą. I zatrwożyły się serca ich ,albowiem przygasłaby sława kołyski rycerstwa, gdyby najgodniejszy dziedzic starodawnych tradycji uległ sprawności przybysza ze stron dalekich.
Tysiące spojrzeń błagalnych, zagrzewających, osnuły postać
Jana Aragońskiego: - Zbierz wszystkie siły, całe doświadczenie rycerskie i upokorz tego zuchwalca, który śmie sięgać po wieniec na ziemi pierwszych krzyżowców. Nie o ciebie, nie o twoją sławę dziś idzie, lecz o cześć rycerstwa zachodniego chrześcijaństwa....Niepotrzebnie przypominały Janowi Aragońskiemu błagalne spojrzenia widzów, że potyka się dziś o honor ziomków. zrozumiał to sam, doznawszy na sobie siły strasznego przeciwnika. Odsunął kratę hełmu, kazał sobie podać puchar wina i wychylił go duszkiem. Z mściwą nienawiścią spoglądał spod czoła na Zawiszę i wybierał starannie kopię.
A Zawisza pochylił się znów nad karkiem konia i rozmawiał długo ze swoim wiernym towarzyszem.
Ogier słuchał, potem zarżał głośnie, bijąc kopytami o ziemię. giermkowie tymczasem badali po raz wtóry z wielka uwagą popręg, strzemiona, zasuwy i rzemyki zbroi.
Zawisza spojrzał przed siebie. Jan Aragoński był już gotów.
- Ruszaj! – krzyknął Zawisza na ogiera i szedł znów z miejsca jakby wichry przypięły koniowi skrzydła do nóg stalowych. przez kilka chwil było widać tylko dwa tumany kurzu zbliżające się ku sobie, potem rozległ się brzęk trzaskającej stali, potem błysnęło coś w powietrzu nad łbami koni...
Zawisza trzymał w objęciach Aragończyka, uniósł go w górę i cisnął o ziemię...
Zawisza uderzył przeciwnika kopią pod brodę, w spinkę łącząca hełm z napierśnikiem, z taką potęgą, iż zdruzgotał stalowe wiązanie. Odurzonego niespodziewanym ciosem Araagończyka porwał w ramiona i wyrzucił z siodła. A jego ogier runął opancerzonym łbem na pierś andaluzyjskiego rumaka i rozwalił srebrną blachę jak deskę zmurszałą.
Zdawało się, że ziemia jęknęła jak chory człowiek. To nie ziemia skarżyła się. Zdeptana sława kołyski rycerstwa płakała w tysiącach serc zawstydzonych widzów. Jan Aragoński leżał w prochu, a jego piersi dotykało kolano obcego przybysza.
Zatrzepotały w powietrzu jasne, radosne dźwięki fanfary, zwiastujące czterem stronom świata zwycięstwo Zawiszy.
[...]Odsunąwszy kratę hełmu podszedł Zawisza do głównej trybuny.
-Dziękuję waszej miłości w imieniu rycerstwa Świętego Państwa Rzymskiego – rzekł cesarz Zygmunt – dziękuję za honor, jaki spada z łaski na mój dwór.
I zdjąwszy z szyi własny łańcuch rycerski ozdobił nim Zawiszę.
Dźwięki fanfary trzepotały znów w powietrzu, jasne, radosne, głosząc czterem stronom świata chwałę zwycięzcy, a Zawisza opuszczał wolnym krokiem pola zaszczytne.
Z:St.Aleksandrzak, Marian Wadecki-„Przez stulecia” – „Opowiadania z historii Polski, Warszawa 1970
IV.W PAŁACACH MAGNACKICH XVII- XVIII w.
a/ ubiory magnaterii polskiej w XVII w.
Gdy chodzi o zwierzchni ubiór, to najpopularniejszą szatą
używaną na codzień był żupan, długa sięgająca po kostki szata z dołu otwarta, zapięta jednak od szyi po pas, z długimi i wąskimi rękawami.
[...]W lecie robiono żupany robione z lekkiego materiału, przy czym w domu używano nawet żupanów robionych z płótna, a dopiero wychodząc z domu wdziewano żupan z lepszego materiału. Żupany na wyjście były robione z jedwabiu, atłasu czy innych kosztownych materiałów, o żywych barwach: intensywnie czerwone, malinowe, błękitne, czasem białe.
Na żupan narzucano zwyczajnie jeszcze zwierzchnią szatę. W drugiej połowie XVII w. był to kontusz z charakterystycznymi rozciętymi rękawami, tzw. wylotami, sięgający poniżej kolan, rozpięty z przodu, opasany kosztownym pasem. Obok kontusza jako zwierzchniej szaty używano chętnie delii.
[...] Delia, podobnie zresztą jak i inne szaty, ulegała zmianom zgodnie z panującą modą. W zasadzie była to jednak długa suknia, do pasa mniej więcej obcisła, od pasa rozszerzona i luźna, nie zapięta. Zależnie od mody delia miała kołnierz raz obszerny, kiedy indziej mały, czasem zaś była bez kołnierza. Z przodu, po bokach posiadała rozcięcia, które pozwalały sięgać po głownię szabli zawieszonej u pasa, opinającego nie delię, ale żupan. Często podbijano delię kosztownym futrem, z czasem zaś poczęto ją nosić jedynie zarzuconą na ramiona jak pelerynę, przez co pozwalano podziwiać żupan i opinający go kosztowny pas.
Obok delii noszono jeszcze chętnie tak zwaną ferezję,też jako szatę zwierzchnią, narzuconą na żupan. Ferezja była suknią raczej krótszą, zapiętą z przodu na ozdobne guzy i zwykle z przodu udekorowaną bogatymi naszywkami z ozdobnych sznurów czy taśm, tak zwanymi potrzebami, które jeszcze ozdabiano guziczkami czy pętlicami. Ferezja często barwy czerwonej była podbita futrem, miała rękawy nie rozcięte, ale za to krótsze od rękawów żupana.
[...]Niemal wszystkie te suknie, długie, ciężkie, nie ułatwiały naturalnie poruszania się. toteż zwyczajnie w domu noszono różnego rodzaju kurtki, mniej lub więcej obcisłe, które nie krępowały swobody ruchów. Kurtki te noszono często w czasie podróży, wdziewając żupany, delie i ferezje przy uroczystych okazjach.
b/ uciechy stołu magnaterii polskiej
[...]przyjemność zaczynała się podczas uroczystych uczt, urządzanych z różnych okazji. Tych rzecz oczywista, było wiele. Przede wszystkim ucztowano naturalnie z racji różnych uroczystości rodzinnych, chrztów, ślubów, zrękowin, odwiedzin, wreszcie pogrzebów.
[...] przegląd surowców, z których przygotowywano potrawy.
[...] Pierwsze miejsca zajmują tu mięsa, których długi spis przytacza magnacki kuchmistrz. Znajdujemy tu mięso wołowe, wieprzowe, baranie, drób, króliki, dziczyznę: jak mięso z łosi, żubrów, sarn, kóz dzikich, jeleni, zajęcy. Specjalne miejsce wśród dziczyzny zajmują ptaki: dropie, głuszce, cietrzewie, kwiczoły, kuliki, śnieguły. Imponująco przedstawia się zestaw ryb. Spotykamy tu szczupaki, karpie, brzany, pstrągi, czeczugi, jesiotry świeże, słone i wędzone, łososie świeże i wędzone, sztokfisze, dorsze, wreszcie zaliczane do kategorii ryb ostrygi, żółwie, raki, kawior.
Stosunkowo dobrze przedstawia się też zestaw warzyw. Widzimy kalafiory, karczochy, szparagi, kalarepę, kapustę, selery, ogórki, ćwikłę. Do tego wszystkiego wreszcie używano obficie różnych przypraw. Z krajowych spotykamy rozmaryn, majeranek, kolender, jałowiec, z importowanych przede wszystkim korzenie wschodnie, jak szafran, pieprz, imbir, cynamon, goździki, gałkę muszkatołową, kapary. Nie brak wreszcie owoców południowych, jak pomarańcze, figi, cytryny, oliwki, pistacje.
Ostatnia kategoria surowców to owoce krajowe i cukier.Aż dziw bierze, ile rodzajów cukru wówczas rozróżniano. Znano więc cukier piżmowany, lodowaty, cukier na anyżku, na cynamonie, na goździkach.
[...] Gdy chodzi o trunki, to na stole magnackim zjawiało się piwo, którego pito zresztą dość dużo i różnego rodzaju wina.
Z:W.Czapliński i J. Długosz, Życie codzienne magnaterii polskiej w XVII Warszawa 1976
V.MIESZKO I TWÓRCĄ PAŃSTWA POLSKIEGO.
a/ Mieczysław /Mieszko/ I /963 – 992 /
Po śmierci Ziemomysła objął rządy Mieczysław. Zrazu po wstąpieniu na tron, wedle pogańskiego zwyczaju, żył w wielożeństwie, później dopiero żony te oddalił i wysłał poselstwo do księcia czeskiego z prośbą o rękę córki jego, Dąbrówki. Czesi już dawno byli ochrzczeni; Dąbrówka oświadczyła wtedy, że zostanie żoną Mieszka pod warunkiem, iż on z całym narodem przyjmie chrzest. Mieszko przystał na to. Z wielką okazałością wprowadzono do Gniezna Dąbrówkę, która ujęła sobie od razu całą ludność pięknością i dobrocią.
Przybyli z Czech duchowni nauczali Polaków zasad nowej wiary i gromadnie ich chrzcili. Pierwszy przyjął chrzest Mieczysław w roku 966 wraz z najbliższą rodziną i założył w Poznaniu biskupstwo. Wzięto się następnie gorliwie do burzenia pogańskich bożków i świątyń. Na ich miejsce wznoszono kościoły, kaplice i krzyże z męką Pańską. Kościoły książę hojnie obdarzał gruntami i nakazał, by każdy mieszkaniec z dochodów swoich oddawał dziesiątą część na utrzymanie tych domów bożych. Była to tzw. dziesięcina. Sprowadzał też Mieczysław do Polski licznych księży, by lud utwierdzali w wierze. Nastał wówczas zwyczaj który długi czas w Polsce się zachował, iż podczas ewangelii dobywali rycerze polscy do połowy szabel z pochew na znak, że za wiarę gotowi są śmierć ponieść. Stąd też wojsko polskie „wiarą” nazywano.
Przyjęcie chrześcijaństwa uratowało Polaków od najazdów Niemców. Niemcy bowiem, od dawna już chrześcijanie, napadali na Polskę pod pozorem nawracania jej, ale naprawdę w tym celu, by ją zagarnąć dla siebie. Odkąd Polska stała się chrześcijańską, brakło Niemcom powodu do napadów. Mieczysław utrzymywał z cesarzem niemieckim stosunki przyjazne. Rozumiał, że siły jego są zbyt słabe, by zmierzyć się mógł z najpotężniejszym władcą w Europie. Gdy jednak niemieccy książęta napadali na Polskę, Mieczysław zbierał dzielną swą drużynę, wkraczał w ich dzierżawy i nieraz rozgromiwszy wroga, wracał do kraju z obfitym łupem i jeńcami.
[...]Mieczysław umarł po 30 – letnim panowaniu. Pochowany został w katedrze poznańskiej.
Opowiadania z dziejów ojczystych...s,18 –19
b/ Stosunek Mieszka I do cesarstwa niemieckiego
Tymczasem dostojny margrabia Odo, zebrawszy wojsko, napadł z nim na Mieszkan w 972 roku, który był wierny cesarzowi i płacił trybut aż po rzekę Wartę. Na pomoc margrabiemu pośpieszył wraz ze swoimi tylko mój ojciec, graf Zygfryd, podówczas młodzieniec i jeszcze nie żonaty. Kiedy w dzień św. Jana Chrzciciela starali się z Mieszkiem, odnieśli zrazu zwycięstwo, lecz potem w miejscowości zwanej Cedynią brat jego Czcibor zadał im klęskę kładąc trupem wszystkich najlepszych rycerzy z wyjątkiem wspomnianych grafów.
Cesarz poruszony do żywego wieścią o tej klęsce wysłał czym prędzej gońców, nakazując Hodonowi i Mieszkowi, aby pod rygorem utraty jego łaski zachowali pokój do czasu, gdy przybędzie do miejsca i osobiście zbada sprawy.
Z: Kronika Thietmara,przełożył j. Jedlicki, Poznań 1953, s.88 – 92.
VI.POLSKA POD RZĄDAMI BOLESŁAWA CHROBREGO.
a/ działalność bs.Wojciecha w Prusach
On to sprowadził z Rzymu do Polski Wojciecha, biskupa czeskiego z Pragi, którego niewdzięczni rodacy z kraju swego wypędzili. Bs. Wojciech, mąż uczynny i pełen miłości bożej, wędrował pieszo z miejsca na miejsce i kazaniami nauczał lud, w jaki sposób należy wyznawać wiarę Chrystusa dobrymi uczynkami. Gdy przybył do Gniezna, Bolesław przyjął go z największą czcią, słuchał jego rad przyjacielskich i obiecał pomoc w nawracaniu pogańskich Prusaków mieszkających na północ od Polski.
Bs. Wojciech udał się do tego ludu pogańskiego w towarzystwie kilku kapłanów i niewielkiej gromadki sług. Pragnął opowiadać o życiu i śmierci Chrystusa i łagodnie nawracać na wiarę chrześcijańską. Niestety jednak, Prusacy napadli go z znienacka , gdy odprawiał mszę św. W gaju poświęconym bogom, i zamordowali go okrutnie wiosłami. Bolesław zmartwił się bardzo zgonem świętobliwego męża, ciało jego wykupił od Prusaków i pochował uroczyście w katedrze gnieźnieńskiej, nowo zbudowanej.
Z: W służbie ojczyzny...s, 15 –16.
b/ zjazd gnieźnieński w 1000 roku
„ Również i to uważamy za godne pamięci, że za czasów panowania Bolesława Chrobrego cesarz Otto Rudy przybył do grobu św. Wojciecha dla modlitwy i pojednania z Bogiem, a zarazem w celu poznania sławnego Bolesława, jak o tym można dokładniej wyczytać w książce o męczeństwie św. Wojciecha. Bolesław przyjął go tak zaszczytnie i okazale, jak wypadało przyjąć króla, imperatora rzymskiego i jak wielkiego gościa. Albowiem przedziwne wprost cuda przygotował na przybycie cesarza; najpierw szyki przeróżne rycerstwa, następnie książąt rozstawił, jak chóry, na obszernej równinie.
[...]”Zważywszy jego chwałę , potęgę i bogactwa, to co widzę, większe jest, niż wieści niosły za radą swych magnatów dodał wobec wszystkich: „Nie uchodzi to, by takiego i tak wielkiego męża księciem nazywać lub konesem, jakby jednego z pośród dostojników, lecz wypada chlubnie wynieść na tron królewski i wywyższyć koroną”.
I zdjąwszy z głowy swej diadem cesarski, włożył go na głowę Bolesława na przymierze przyjaźni, za chorągiew triumfalną dał mu w darze gwóźdź z krzyża Pańskiego z włócznią św. Maurycego, za co w zamian ofiarował mu Bolesław ramię św. Wojciecha”.
Z:Gall Anonim, Kronika Polska, s. 72 – 73.
c/ potęga Chrobrego w świetle kroniki Galla
„Większe są jednak i liczniejsze dzieła Bolesława, aniżeli my to możemy opisać lub prostym opowiedzieć słowem. Albowiem jakiż arytmetyk mógłby żelazne jego szyki dość pewną określić cyfrą, a cóż dopiero przytoczyć opisy zwycięstw i triumfów w takiej mnogości! Z Poznania bowiem 1300 pancernych rycerzy i 4000 żołnierzy z tarczami, z Gniezna 1500 pancernych i 5000 tarczowników, z Włocławka grodu 800 pancernych i 2000 tarczowników, z Giecza 300 pancernych i 2000 pancerników i tarczowników. Ci wszyscy niezwykli waleczni i wprawni w rzemiośle wojennym występowali do boju za czasów Bolesława Wielkiego.
[...]Taka była okazałość rycerska króla Bolesława, a nie mniejsza była jego cnota posłuszeństwa duchownego[...] Boga czcił z najwyższą miłością, Kościół święty wywyższał i przyozdabiał go królewskimi darami. Miał też wybitną cechę sprawiedliwości i przystępności[...]
Za czasów Bolesława wszyscy rycerze i wszystkie damy dworskie zamiast sukien lnianych lub wełnianych nosiły płaszcze z delikatnych tkanin, a skór, nawet kosztownych, choćby były nowe, nie noszono na jego dworze bez podszycia kosztowną tkaniną i bez złotogłowiu. Złoto bowiem za jego czasów tak było w powszechnym posiadaniu u wszystkich, jak dziś srebro, srebro zaś było tanie jak słoma[...]
Za jego bowiem czasów nie tylko komesowie, lecz nawet ogół rycerstwa nosił łańcuchy złota niezmiernej wagi, tak opływali wszyscy w nadmiar pieniędzy”.
Z:Gall Anonim, Kronika polska, przełożył R. Grodecki, Kraków 1923, s 76 .
VII.BOLESŁAW KRZYWOUSTY I JEGO TESTAMENT.
„Gdy Bolesław Krzywousty czuł, iż będzie musiał ulec przeznaczeniu, polecił spisać testament i wydał rozporządzenia, mocą których przekazał czterem synom przykłady cnót przodków i następstwo w rządach, rozgraniczając dokładnymi granicami cztery dzielnice, z tym by przy starszym co do wieku pozostawał pryncypał władzy nad prowincją krakowską i godność władzy książęcej. Gdyby go zaś śmierć dosięgła, to zawsze starszeństwo wieku i zasada pierworództwa ma rozstrzygać spór o następstwo[...].Niech zamilkną więc skargi na nieprawość testamentu, bo słuszną jest rzeczą, by sprawy małoletnich powierzać opiekunom, a nie małoletnim. przyjąwszy tedy zbawienne lekarstwo zakończył szczęśliwy ojciec, nie łatwo o nim powiedzieć, czy wśród jasności pokoju był szczęśliwy, czy orężnymi zwycięstwami świetniejszy”.
Kronika polska Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem, przełożył A.
Przeździecki, Kraków 1952, s. 174.
VIII.WZROST ZAGROŻENIA POLSKI W OKRESIE ROZBICIA DZIELNICOWEGO.
a/ sprowadzenie Krzyżaków do Polski
„ W imię świętej niepodzielnej trójcy, Ja Konrad, z bożego miłosierdzia książę Mazowsza i Kujaw, podaję do wiadomości, że z uwagi na nagrodę niebieską i zbawienie duszy mojej oraz dla obrony wiernych, za zgodą Agafii, żony mojej i synów swych: Bolesława, Kazimierza, Ziemowita i Ziemysława, nadałem Marii św. I braciom Zakonu Niemieckiego całe terytorium chełmińskie niepodzielnie ze wszystkimi przynależnościami od tego miejsca, gdzie Drwęca opuszcza granice Prus, wzdłuż rzeki aż do Wisły, a Wisłą aż do Sosy i z biegiem Sosy aż do granic Prus, na wieczyste posiadanie z całym pożytkiem i z wszelką wolnością.
Obiecałem też, że gdyby ktokolwiek podmienionym braciom czynił przeszkody w posiadaniu tej ziemi, to ja z całą mą potęgą będę ich bronił. Owi bracia przyrzekli też mnie i wszystkim moim dzieciom, że z całą wiernością wraz z nami walczyć, będą każdego czasu stosownie do woli bożej i wedle swej możności przeciw wrogom Chrystusa i naszym, mianowicie przeciw wszystkim poganom, a czynić to będą bez jakiegokolwiek podstępu lub fałszu, nawet gdyby tylko jeden z nich pozostał przy życiu. Świadkami tego nadania przyrzeczeń są:Michał, biskup kujawski, Chrystian, biskup Prus, Pakosław, starszy, komes Dzierżykraj i inni”.
Z:Dokument księcia Konrada Mazowieckiego z r. 1230. Tekst polski według R.Hecka, Teksty źródłowe do ćwiczeń z historii Polski średniowiecznej, cz Warszawa 1951, s.38 – 39.
b/ o pierwszych Tatarach, którzy wtargnęli do Polski i Węgier
„ W roku zaś pańskim 1241 chan tatarski Batu wraz z wojskami swoich Tatarów, ludu srogiego i bardzo licznego, przeszedłszy przez Ruś chciał wkroczyć na Węgry. Ale zanim dotarł do granic Węgier, część swojego wojska zwrócił przeciw Polsce. Ci w dzień popielcowy spustoszyli miasta i ziemię sandomierską nią szczędząc nikogo, nie bacząc na płeć i wiek. A potem siejąc zniszczenie przez Wiślicę dotarli do Krakowa. Niedaleko Opola zastąpił im drogę Władysław, książę opolski, i Bolesław, książę sandomierski, i rozpoczęła się walka. Ale poniechali rychło potykania i uciekli, nie mogąc się przeciwstawić liczebności i woli Bożej. I w ten sposób rzeczona część tatarskiego wojska pustosząc następnie Sieradz, Łęczycę i Kujawy dotarła aż na Śląsk. Henryk, syn Henryka Brodatego, książę Śląska, Krakowa i Wielkopolski, z wieloma tysiącami zbrojnych twardo i odważnie zastępuje im drogę na polu zamkowym w Legnicy i dzielnie z nimi walczy, nadzieję i ufność pokładając w Boskiej pomocy. Ale z dopustu Boga , który czasem pozwala swoich chłostać za zbrodnię, rzeczony najszlachetniejszy książę Henryk straciwszy wiele tysięcy ludzi sam ginie zabity”.
Z:By czas nie zaćmił i niepamięć, Wybór kronik średniowiecznych – Kronika
Wielkopolska, Opracowała A. Jelicz, s.101
IX.DZIAŁALNOŚĆ POLITYCZNA I GOSPODARCZA KAZIMIERZA WIELKIEGO.
a/ jakim sposobem rządził Kazimierz Wielki państwem i narodem?
„ król ten ponad wszystkich monarchów polskich dzielnie rządził Rzeczpospolitą; albowiem jako drugi Salomon podniósł do wielkości dzieła swoje – murował miasta, zamki, domy. Naprzód ozdobił zamek krakowski podziwiania godnymi domami, wieżami, rzeźbą, malowidłem dachami wielkiej piękności. Naprzeciw zaś zamku krakowskiego, po drugiej stronie Wisły, około kościoła , który się nazywa Skałką, wymurował miasto które od imienia swego nazwał Kazimierzem, jak również wiele innych miast, jak to - -Wieliczkę i Skawinę, Lannckoronę, zamek Olkusz, miasto i zamek Czorsztyn, zamek Niepołomice, zamek Ojców , zamek Krzepcie, zamek w ziemi sandomierskiej i samo miasto Sandomierz, Wiślicę, Szydłów, Radom, Opoczno, Wąwolnicę, miasto Lublin, miasto i zamek w Sieciechowie, w Solcu ,w Zawichoście, zamek w nowym mieście zwanym Korczyn, w Wielkopolsce,Kalisz, Pyzdry, Stawiszyn - - miasto, Konin, miasto i zamek, w Nakle, Wieluniu, w Międzyrzeczu, w Ostrzeszowie – zamki, Wieluń miasto, Bolesławiec zamek, w ziemi kujawskiej Kruszwicę, Złotoryję, Przedepcz, Bydgoszcz; w ziemi sieradzkiej obronny zamek Piotrków, miasto Brźeźnice i zamek; w ziemi łęczyckiej samo miasto i zamek [Łęczyca], w Inowłodziu miasto i zamek; na Mazowszu miasto Płock;zamek zaś, który był poprzednio otoczony jedynie tylko murem, drugim opasał ziemi ruskiej miasto Lamburg, inaczej Lwów i dwa zamki, zamek Przemyśl, zamek i miasto Sanok, miasto Krosno, Lubaczów, Trembowlę, Halicz,Tustań – zamki. Wszystkie te miasta i zamki bardzo mocnymi murami, domami i wysokimi wieżami, nadzwyczaj głębokimi rowami i innymi urządzeniami obronnymi otoczył, na ozdobę narodowi , na schronienie i opiekę Królestwa Polskiego.Za czasów tego króla , w lasach, gajach i dąbrowach tyle założono wsi i miast, ile bodaj nie powstało w Królestwie Polskim”.
Z: By czas nie zaćmił i niepamięć, Kronika krakowska, s.120 –121.
b/ uczta u pana Wierzynka
„Nie lada trzeba było przygotowań, nie lada zachodu,by tylu ludzi na raz przyjąć i należycie ugościć. Przeto pomknęli z Krakowa gońcy w różne strony, zda się na wszystkich drogach królestwa słychać było nieustający, śpieszny tętent ich koni. Król Kazimierz nie żałował ni trudu, ni wysiłków,by królewskie pojednanie wypadło jak najokazalej.
Tymczasem z różnych stron świata ciągnęli do Krakowa dostojni goście. Piotr, król cypryjski płynął przez Morze Czarne, przez Morze Bałtyckie płynął król Danii Waldemar, król Węgier jechał z okazałym dworem i licznym orszakiem panów przez Sącz i Bochnię.
Zjechali się książęta polscy: Ziemowit III mazowiecki z Płocka, Bogusław V ze swym młodziutkim synem Kaźkiem Szczecińskim, ukochanym wnukiem króla Kazimierza, a także Bolko II ze Świdnicy i Władysław Opolczyk, i wielu innych Piastów ze Śląska.
Cesarz Karol jechał przez Będzin i Olkusz. Towarzyszył mu książę Austrii Rudolf IV i dwóch jego braci Albert i Leopold, a także margrabiowie brandenburscy Ludwik i Otto.
[...]gdy świetny orszak zbliżył się do Krakowa, ze wszystkich kościołów powychodziły procesje i przy biciu dzwonów odprowadzono monarchów na Wawel. Tam każdy z królów miał wyznaczone mieszkanie i komnaty sypialne przepysznie ozdobione purpurą i szkarłatem, złotem, perłami i klejnotami. Książęta, panowie i ich drużyny także otrzymali godziwe gospody tak doskonale we wszystko zaopatrzone, że ich mieszkańcom na najwymyślniejszej nawet wygodzie nie zbywało. zaczęły się też zabawy, co dnia wspanialsze, co dnia weselsze. A każdy miał na nich co dusza zapragnie. Nie tylko stoły zastawione obficie, ale jeżeli któryś z gości czegokolwiek zgodnie ze swym upodobaniem lub zwyczajem zażądał, natychmiast mu dostarczano. Prócz tego Król Kazimierz rozkazał pozostawić na rynku krakowskim beczki ogromnej wielkości napełnione wybornym winem, naczynia napełnione jadłem i kadzie z owsem. Jadł, pił karmił konie, kto tylko chciał. Gdy zapasy się wyczerpały, natychmiast służba przynosiła nowe.
[...]O niczym innym nie mówiło się teraz w Krakowie, jeno o tej gościnie monarchów u pana rajcy Mikołaja Wierzynka. Ale nawet najśmielsze przypuszczenia były niczym , wobec uczty przygotowanej przez krakowskiego mieszczanina.
Gdy dostojni goście przybyli do wierzynkowych komnat, gorzały one rozlicznymi światłami świec woskowych, przy zwierciadłach weneckich tak przemyślnie ustawionych, że większy niż zwyczajnie znak dawały. Migotały więc blaski po ścianach obciągniętych cenna materią, na której gdzieniegdzie, złotą nicią tkany, widniał herb Wierzynkowy: Łagoda. Ławy dębowe rzeźbione, zakryte bogatymi kobiercami stały przy wielkim podkowiastym stole płótnem cieniuteńkim obleczonym. pięknie i bogato wyglądały na nim misy złociste, drogimi kamieniami sadzone, naczynia z jaspisu i kryształu, puchary złociste, albo z rogów żubrzych i turzych w złoto oprawnych uczynione.
Po pierwszych powitaniach Mikołaj Wierzynek skłonił się i rzekł:
- Pozwólcie, najdostojniejsi goście moi, że jako tego domu gospodarz, wedle mej woli u stołu was usadzę.
Cesarz Karol, który uważał, że jemu, jako godnością najwyższemu pierwsze miejsce przy stole się należy i takowe zawsze dotychczas otrzymywał, zdziwił się nieco prośbą Wierzynka, ale zdziwienia na obliczu nie okazał, jeno głową przyzwalajaco skinął. wtedy Mikołaj Wierzynek poprosił na pierwsze miejsce, najpoczytniejsze miejsce przy stole, króla polskiego Kazimierza. Król przez chwilę się zawahał, ręką Wierzynkowi innych gości wskazał, ale uparty mieszczanin pokręcił przecząco głowa i ozwał się głośno:
- Wiem ja ,najjaśniejszy panie, że zaszczyt to dla mnie niewypowiedziany tak znakomite gościć persony, ale żadnemu z obecnych tu królów nie jestem tak zobowiązany do czci i wdzięczności, jak wam najjaśniejszy panie, królu mój, za niewymowne dobrodziejstwa, któremiście mnie, obcego człeka niskiego stanu, obsypać raczyli. Przeto nie może być ujmą dla nikogo, że was, pana i króla mojego, w moim domu na pierwszym miejscu sadzam.
Obecni monarchowie okrzykami i klaskaniem w ręce poparli słowa Wierzynka i zajęli miejsca.
[...] A gdy już i wszyscy inni według godności miejsca zajęli, Wierzynek dał znak i kapela jęła przygrywać, a służba wnosić dania najrozmaitsze, wina najprzedniejsze, z najdalszych stron świata przez bogatego kupca sprowadzone. A była tych dań i win taka mnogość, że nie wiadomo, co najpierw brać, co smaczniejsze. Przeto nie upłynęło wiele czasu, a gwar się zrobił przy stole, wesołość ogromna, jak to zwykle przy biesiadach bywa.[...] imć pan Mikołaj Wierzynek jął prosić swych dostojnych gości,by raczyli przyjąć w darze naczynia, na których jedli: owe misy złociste, drogimi kamieniami sadzone, owe kubki jaspisowe, owe rogi turze w złoto oprawne. Prosił, by przyjęli je na pamiątkę gościny u krakowskiego mieszczanina. Był to podarek tak bogaty, że obecni zdumieli się i na chwilę cisza zaległa komnatę.[...] Zjazd monarchów w Krakowie dobiegł końca. Wkrótce też rozjechali się do swych krajów, zanosząc tam wieść o mądrości i zamożności króla Kazimierza.
Anna Lisowska – Niepokólczycka, Wielki król, s.88 – 98.
X.OŚWIATA W ŚREDNIOWIECZU.
a / o uczeniu i nauczaniu w średniowieczu,
„Szkoły katedralne i klasztorne, prowadzące dla swoich uczniów bursy /internaty/, wywierały decydujący wpływ na kształtowanie się nie tyle intelektu, lecz także charakteru wychowanków. W zasięgu ich oddziaływania wychowawczego i dydaktycznego znajdował się uczeń praktycznie przez całą dobę. Starano się pilnie, aby nie posiadał wolnego czasu dla siebie, wypełniając go modlitwami, udziałem w nabożeństwach i nauką szkolną.
Sposób nauczania urągał wszelkim racjonalnym wyobrażeni dydaktycznym. Nauczyciela nie obchodziły cechy osobościowe uczniów i ich możliwości intelektualne. Nie starał się też wyjaśnić treści przedstawianych na lekcji tematów i ułatwiać młodzieży rozumienia ich sensu. Cała dydaktyka średniowieczna polegała na czytaniu przez nauczyciela tekstu i powtarzaniu przez uczniów jego kolejnych partii aż do wkucia całości na pamięć.
Było to zatem nauczanie pamięciowe.[...]Jeżeli uczeń nie potrafił przytoczyć podanego fragmentu lekcji do zapamiętania, otrzymywał karę chłosty. Musiał powtarzać go tak długo, aż wbił go sobie w pamięć.[...]Pamiętać trzeba jednak, że uczeń nie posiadał wówczas książek. Były zbyt rzadkie i bardzo drogie. Z trudem zdobywał je nauczyciel, który mógł tylko poprzez czytanie przekazywać innym ich zawartość treściową.
[...]Żelazna dyscyplina w szkołach kościelnych, którą poznajemy najlepiej z biografii wybitnych dostojników kościelnych i z żywotów świętych /jak np. św. Wojciecha czy św.Romualda /, obejmowała każdego uczącego się młodzieńca, bez względu na jego pochodzenie i stan majątkowy. Bito ciągle za rzeczy zawinione i niepopełnione. Mściło się to w ówczesnych poglądach pedagogicznych, według których nie karane chłostą za złe uczynki dziecko, nie mogło znaleźć po śmierci spokoju. stąd doszło do tego, że chłostano zwłoki takiego dziecka przed pogrzebaniem.”
Z:F.Kiryk,Nauk przemożnych perła, Dzieje narodu i państwa polskiego, Kraków1986, s.12
b/ otrzęsiny
„Uroczystość otrzęsin zaczynała się od sutej kolacji na koszt beanów, na której nie brakowało jadła i napojów. Około północy zjawiał się w gospodzie cechowej barwny korowód z beanami , prowadzony przez czeladników, na czele z obeznanymi dobrze z obyczajem otrzęsin mistrzami lub starszymi czeladnikami. Na „ egzamin” prowadzono beanów pojedynczo z sąsiedniej izby, sadzano na „kulawym” stołku i dokonywano „egzorcyzmów” wśród przyśpiewek, docinków i rozmaitych „błazeńskich sztuczek”, polegających na kłuciu, tarmoszeniu, szczypaniu, zwalnianiu delikwenta ze stołka, malowaniu obrzydliwymi smarami i farbami, goleniu drewnianą brzytwą. Później badano przytomność jego umysłu, urządzając „wesoły sprawdzian”, podczas którego miał udowodnić, że potrafi czytać, pisać i rachować. Przyprawiano mu ogromne uszy, a do ust wsadzano wielki kieł świński, po czym owe uszy obcinano- jako symbol głupoty i nieokrzesania – drewnianym mieczem, zaś kieł wyrywano olbrzymimi kleszczami. Po tym wszystkim kładziono nieszczęśnika na ławie, ciosano i heblowano mu ciało, czyszczono uszy i twarz roztworem z soli i polewano winem. Wszystko to odbywało się przy ogólnej wesołości patrzących i ogromnym napięciu poddawanych owej depozycji, która była ciężkim egzaminem cierpliwości”.
Z: Nauk przemożnych perła...s.79
XI.POLSKA PIERWSZYCH JAGIELLONÓW
a / Jadwiga /królowa Polski/
[...] Z radością witały tłumy ludu wjeżdżającą do Krakowa młodziutką, niespełna 14 – letnią Jadwigę. Ukoronowano ją uroczyście w katedrze wawelskiej. Pierwszą myślą panów polskich, którzy stanęli przy boku młodziutkiej królowej, by jej służyć radą i czynem, było wyszukanie Jadwidze męża. Najodpowiedniejszym wydał się panom Jagiełło, wielki książę litewski. Małżeństwo Jadwigi z nim zapowiadało Polsce największe korzyści: połączenie z mężnym i bitnym sąsiadem, pozyskanie go dla wiary chrześcijańskiej, zapewniało łatwiejszą obronę przed wspólnym wrogiem, Krzyżakami. Zrazu jednak Jadwiga i słyszeć o tym nie chciała, gdyż była od siódmego roku życia zaręczona z Wilhelmem, księciem austriackim z rodziny Habsburgów. Wychowanej na świetnym dworze węgierskim ciężko się było zgodzić na małżeństwo z pogańskim księciem barbarzyńskiego narodu. W końcu uległa Jadwiga, zrozumiała bowiem, że to, czego przez 150 lat nie dokonał drogą walki zakon krzyżacki, tj. nawrócenie ostatnich w Europie pogan, od niej tylko zależy. Postanowiła zatem wyrzec się szczęścia osobistego, by stać się matką chrzestną całego narodu.
Niebawem przybył Jagiełło do Krakowa , a po zaślubinach z Jadwigą ukoronowany został na króla polskiego. Od tej chwili życie Jadwigi poświęcone było dobru krajów i narodów, którym królowała. Schodziła często miedzy lud biedny, niosąc mu słowa pociechy i hojne wsparcie. Opiekunką była wszystkich ubogich i uciśnionych.
Opowiadania z dziejów ojczystych...s, 59.
b/ bitwa pod Grunwaldem
„ Zapowiedziano nagle dwóch heroldów[...] Wystąpili oni z wojsk wrogów niosąc w rękach gołe miecze, bez pochew, chronieni przed zniewagami przez rycerzy polskich i domagali się stawienia przed oblicze króla. Wysłał ich do króla Władysława mistrz Ul ryk z nader dumnym posłaniem, aby skłonić go do podjęcia niezwłocznie bitwy i stanięcia w szeregach do walki...[heroldowie] ...oddawszy jako tako honory królowi przedstawiają treść swego poselstwa... „Najjaśniejszy królu! Wielki mistrz pruski Ul ryk posyła tobie i twojemu bratu, pominęli imię Aleksandra i tytuł książęcy, przez nas tu obecnych posłów dwa miecze ku pomocy, byś wespół z nim i jego wojskami nie ociągał się i z większą, niż to okazujesz, odwagą przystąpił do boju, a także żebyś się nie krył nadal w lasach i gajach i nie odwlekał walki. Jeśli zaś uważasz, że masz zbyt szczupłą przestrzeń aby rozwinąć szyki, mistrz pruski Ul ryk ustąpi ci, jak daleko zechcesz, tego pola, które zajął swoim wojskiem, albo wreszcie wybierz jakiekolwiek miejsce bitwy, byś tylko dalej nie odwlekał walki...A król Władysław, wysłuchawszy pełnych pychy i zuchwalstwa posłów krzyżackich, przyjął miecze z rąk heroldów... odpowiada heroldom...”Ponieważ – rzecze – mam w mym wojsku wystarczająco wiele mieczów, przeto nie potrzebuje mieczów mych wrogów, jednakże dla większej pomocy, opieki i obrony mej słusznej sprawy, przyjmuję, w imię Boga, te dwa miecze przysłane przez wrogów pragnących krwi i zguby mojej oraz mego narodu, a doręczone przez was.[...]Kiedy odtrąbiono sygnały do boju, całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą pieśń „Bogurorodzicę”, a potem, pochylając kopie rzuciło się do walki. Pierwsze jednak ruszyło do starcia wojsko litewskie na rozkaz księcia Aleksandra, nie znoszącego żadnej zwłoki”.[...] „ W tej właśnie chwili obydwa wojska, z okrzykiem jaki zwykle wznoszą wojownicy przed walką, starły się w środku doliny rozdzielającej obie armie...W miejscu starcia rosło 6 wysokich dębów, na które wspięło się i obsiadło gałęzie wielu ludzi – nie wiadomo czy królewskich, czy krzyżackich – by podziwiać pierwsze starcie oddziałów z trzasków łamiących się kopii i szczęku ścierającego się [innego] oręża, powstał tak wielki łoskot i huk, tak donośny był szczęk mieczy jakby zwaliła się jakaś ogromna skała, że słyszeli go nawet ci, którzy oddaleni byli o kilka mil”.[...]
Kiedy bowiem Krzyżacy zauważyli, że na lewym skrzydle gdzie stało wojsko polskie toczy się zawzięta i niebezpieczna dla nich walka, ponieważ wycięto już wyborowe[ich] hufce przerzucają siły na prawe skrzydło, gdzie ustawione były szyki litewskie, które mając rzadsze szeregi, słabsze konie i uzbrojenie zdawały się łatwe do pokonania...Kiedy wrzała zacięta walka z Litwinami, Rusinami i Tatarami, wojsko litewskie , nie mogąc powstrzymać naporu wrogów zaczęło słabnąć i wycofało się na odległość jednego jugera. Krzyżacy napierali na nie silniej, musiało raz po raz cofać się i w końcu zawrócić do ucieczki. Wielki Książe litewski Aleksander, rozdając razy batogiem i gromkimi okrzykami, próbował powstrzymać ucieczkę, ale na próżno...W tej walce rycerze ruscy ze Smoleńska, stojąc pod trzema własnymi znakami i walcząc nader zawzięcie, jako jedyni nie wzięli udziału w ucieczce, czym zasłużyli na sławę. Chociaż pod jednym znakiem wycięto ich bez litości, a samą chorągiew [leżącą] na ziemi stratowano, w dwóch jednak pozostałych walczyli bardzo dzielnie, jak mężom i rycerzom przystało”.[...]Ponieważ także Krzyżacy dążyli z uporem do zwycięstwa, wielka chorągiew króla Władysława z białym orłem w herbie, którą niósł chorąży krakowski, rycerz Marcin z Wrocimowic, herbu Półkozic, pod naporem nieprzyjaciół upadła na ziemię. Ale walczący pod nią najbardziej doświadczeni i zaprawieni w bojach rycerze podźwignęli ją natychmiast i umieścili na swoim miejscu , nie dopuszczając do jej utraty. Nie dałoby się jej podźwignąć, gdyby jej nie osłonił własnymi piersiami i orężem znakomity hufiec najdzielniejszych rycerzy. rycerstwo polskie pragnąc zetrzeć haniebną zniewagę, w najzawziętszy sposób atakuje wrogów i rozbija ich zupełnie, kładąc pokotem te oddziały, które się z nimi starły”.[...] „Tymczasem wojsko krzyżackie, które urządziło pościg za uciekającymi Litwinami i Rusinami, uważając się za zwycięzców, z wielką radością podążało do obozu pruskiego, prowadząc ze sobą tłum jeńców. Widząc zaś, że toczy się bardzo zawzięta i krwawa walka...rzuca się w wir walki, by przyjść z pomocą swoim[...]Tymczasem podejmowało walkę 16 nowych, dotąd nieużytych... chorągwi wroga... a kiedy część z nich zwróciła się w stronę, gdzie król polski stał jedynie ze strażą przyboczną, wydawało się , że godzą w niego... Proporzec królewski... został przezornie zwinięty, by nie zdradzał, ze król się tam znajduje...Król rwał się z wielkim zapałem do boju...zaś straż przyboczna...z trudem go powstrzymywała...Tymczasem z oddziałów pruskich, spod większej chorągwi pruskiej do owych należącej, wyjechał na cisawym koniu rycerz, z pochodzenia Niemiec, Dypold Kokeritz von Dieber z Łużyc, ze złotym pasem, w białej, niemieckiego kroju szacie, którą po polsku nazywamy jaką i w pełnej zbroi...i pochylając kopię, na oczach stojącego pod szesnastoma chorągwiami wojska pruskiego, dotarł do miejsca w którym stał król, zamierzając jak się zdaje, zaatakować go. Kiedy król polski Władysław pochylając własną kopię oczekiwał walki, starł się z nim pisarz królewski Zbigniew z Oleśnicy, bez broni, mający na pół złamaną kopię. Ugodził Niemca w bok i zwalił z konia na ziemię. Leżącego na wznak wśród drgawek, król Władysław ugodziwszy kopią w czoło, odsłonięte wskutek podniesienia się do góry zasłony hełmu, zostawił nietkniętego. Ale natychmiast zabili go rycerze trzymający straż nad królem, a piesi ściągnęli zeń zbroję i szaty”.[...]” Odziały polskie... rzucają się na wrogów ustawionych w szesnastu chorągwiach, do których przyłączyli się również ci, którzy pod innymi znakami ponieśli klęskę i staczając z nimi śmiertelną walkę. I chociaż wrogowie przez czas jakiś stawiali opór, w końcu jednak, przeważającymi liczbą oddziałami królewskimi otoczeni, zostali wycięci w pień i niemal wszyscy walczący zginęli lub popadli w niewolę. Po zwyciężeniu i rozgromieniu owych zastępów wrogów, kiedy, jak wiadomo, zginęli wielki mistrz pruski Ul ryk, marszałek, konturzy i wszyscy znaczniejsi rycerze i panowie z wojska pruskiego, reszta nieprzyjaciół podjęła odwrót, a kiedy raz podała tyły, zaczęła pierzchać w popłochu”.[...] Liczni rycerze, którzy uciekli z szyków pruskich schronili się za wozy pruskie osłaniające obóz. Zaatakowani przez wojska królewskie, które wdarły się z impetem do taborów i obozu pruskiego, zginęli lub dostali się do niewoli. Także obóz nieprzyjacielski pełen wszelkich bogactw i wozy oraz cały dobytek mistrza pruskiego i jego wojska złupili rycerze polscy”. [...] „Po zdobyciu taboru nieprzyjacielskiego wojsko królewskie... ujrzało liczne ... hufce nieprzyjacielskie rozproszone w ucieczce, jak błyskały w promieniach słońca odbitych od ich zbroi, które nieomal wszyscy mieli na sobie. Urządziwszy dalej pościg za nimi [odziały polskie ] wkroczywszy na mokradła , rzuciły się na wrogów i pokonawszy garstkę , gdyż niewielu ważyło się stawić opór, pozostałych [ wrogów ], na rozkaz króla , pędzono nietkniętych w niewolę... Pościg rozciągnął się na wiele mil...[...]Wielu rycerzy schwytano i odprowadzono również do obozu, a zwycięzcy potraktowali ich łagodnie...Zapadająca noc przerwała bitwę”.[...]Król zadbał też, by opatrzono rannych, którym udało się ujść z życiem... Po sprowadzeniu do obozu pół żywych i rannych tak z wojska polskiego jak i pruskiego, użyto wszelkich sposobów aby ich wyleczyć. A po obliczeniu strat stwierdzono, że w wojsku królewskim poległo tylko 12 znawczych rycerzy...W kaplicy królewskiej... odprawiono potem głośne modły...Namiot służący za kaplicę otoczono godłami i chorągwiami wrogów, które rycerze polscy znosząc w tym dniu przed oblicze króla zatknęli. te rozwinięte na całą długość, łopotały głośno na całym wietrze”.Jan Długosz.
XII.OSTATNI JAGIELLONOWIE NA TRONIE POLSKIM
- hołd pruski
„Dzień 10 kwietnia 1525r roku zwiastował mieszkańcom Krakowa już od rana rzeczy niezwykle. Ruch na ulicach był tak duży, że trzeba było uważać, aby nie znaleźć się pod kopytami rozpędzonego konia lub pod kołami rwącego magnackiego powozu. Kto był żyw w mieście znajdował się na Rynku, gdzie wysiłkiem sprawnych rąk pachołków miejskich powstawała z godziny na godzinę jakaś nie co dzień tu oglądana budowa. Kiedy wreszcie pachołkowie odstąpili, a ich miejsca zajęła straż miejska, oczom ciekawych ukazało się wysokie rusztowanie pokryte materią jedwabną, gęsto przetykane złotem. Na rusztowaniu wznosił się wspaniały tron.
Przed południem niezliczone tłumy mieszczan i okolicznej szlachty zapełniły nie tylko rozległy prostokąt Rynku, ale i wszystkie najbliższe ulice. Okna kamienic były gęsto usiane głowami, a niecierpliwi i śmielsi gromadnie włazili na dachy. Oczy wszystkich zebranych kierowały się w stronę ulicy Brackiej, gdzie na dopiero co wzniesionym podwyższeniu, pod baldachimem szytym w białe orły, zasiadł król Zygmunt I.[...] Od ulicy Grodzkiej rozległ się dźwięk trąb. Tłum wstrzymał oddech. W dali ukazało się trzech jeźdźców w migocących od słońca świetnych zbrojach. Byli to Albrecht, jego brat margrabia Jerzy Brandenburski i bliski krewny Albrechta Fryderyk, książę legnicki. Jechali krok za krokiem, osadzając co chwilę wyraźnie niecierpliwiące się wspaniałe rumaki. Przed wjazdem na Rynek orszak królewski zatrzymał się. Wysunęło się teraz naprzód kilku posłów Albrechta, którzy padłszy na kolana przed Zygmuntem, błagali króla polskiego, aby siostrzeńca swego raczył przyjąć do łaski i nadać mu w dziedziczne władanie księstwo w Prusach. Wyszedł do proszących biskup krakowski Tomicki, podniósł ich z klęczek i powiedział, że król do ich prośby się przychyla. Wówczas posłowie podążyli po Albrechta. Niebawem w towarzystwie swoich krewniaków zjawił się Albrecht. Towarzyszył mu znaczny poczet rycerstwa. Niedawny wielki mistrz zakonu krzyżackiego, teraz w świeckiej, książęcej szacie, zsiadł z konia, podszedł ku podwyższeniu i ukląkł przed królem. To samo uczynili Jerzy i Fryderyk. W kunsztownej przemowie książę dziękował za obietnicę oddania mu Prus w lenno, wyrażał gotowość sumiennego wykonania obowiązków lennika i chęć wypełniania powinności hołdu. Król skinął głową i oświadczył w kilku słowach, że nadaje Albrechtowi i jego potomkom w dziedziczne lenno, księstwo pruskie. Biskup Tomicki podał Zygmuntowi proporzec lenny z białego atłasu, na którym wyobrażony był czarny orzeł ze złota literą S na piersi, przedstawiający herb nowego księcia w Prusach. Z kolei prymas Jan Łaski i podkanclerzy Tomicki oparli o kolana króla księgę ewangelii, na której Albrecht położył jedną rękę, a drugą oparł o proporzec podtrzymywany przez margrabiego Jerzego. Nad Rynkiem zaległa cisza tak wielka, że wiatr chwilami przynosił słowa Albrechta aż do najdalszych szeregów zebranego tłumu. A książę mówił głosem doniosłym, miejscami tylko trochę drżącym:
„Ja, Abrecht, margrabia brangenburski, książę w Prusach, szczeciński, pomorski, słowiański i kaszubski, władca Rugii i burgrabia norymberski obiecuję i przysięgam, że Najjaśniejszemu Władcy i Panu Zygmuntowi, królowi Polski, wielkiemu księciu Litwy, Rusi i wszystkich ziem pruskich panu i dziedzicowi, jako memu przyrodzonemu panu dziedzicznemu oraz dziedzicom i następcom Jego Królewskiej Mości, królom i Królestwu Polskiemu będę wierny i powolny, będę się starał o dobro Jego Królewskiej Mości, dobro dziedziców jego i Królestwa Polskiego, a złu będę zapobiegał i wszystko to będę czynił, co jest powinnością wiernego wasala. Tak mi dopomóż Bóg i ta święta Jego ewangelia...”
Po odebraniu przysięgi trzykrotnie uderzając Albrechta swym mieczem pasował go na rycerza, a następnie wielu innych panów polskich i obcych przybyłych na uroczystość. Towarzyszący Albrechtowi Krzyżacy zrywali ze swych płaszczy czarne krzyże. Rozległ się spiżowy głos dzwonów kościołów krakowskich. Król z Albrechtem i całym dworem powrócił na zamek, gdzie najpierw w katedrze wysłuchali wszyscy nabożeństwa dziękczynnego, a potem
udali się do komnat wawelskich na wspaniałą ucztę”.
Stanisław Szostakowski, Hołd Pruski,...s26 – 30.
CIĄG DALSZY KLIKNIJ HIPERŁĄCZE NA DOLE STRONY.
|